Od weneckich wystaw nie sposób oderwać oczu. Przyciągały mnie zwłaszcza maski, wspomnienie karnawału, który skończył się na kilka dni przed moim przyjazdem. Było ich mnóstwo: do noszenia w czasie zabawy lub zawieszenia na ścianie, zakrywające całą twarz bądź tylko oczy, z pióropuszami, perłami, a nawet inkrustowane złotem. Wybrałam maskę z bliskim mi ornamentem muzycznym. Przyjechałam tu, by poznać między innymi muzyczne oblicze Wenecji. W jednym ze sklepów udało mi się również nabyć płyty mojej ulubionej wówczas śpiewaczki operowej, Marii Callas. Pobyt więc zapowiadał się obiecująco.

Do wyspy dotarłam promem, a pierwsze kroki skierowałam na plac św. Marka, miejsce, w którym odbywa się większość ważnych wydarzeń.
Wejścia na plac strzegą dwie kolumny z posągami patronów miasta: skrzydlatego lwa i smoka. Wenecjanie wierzą, że przejście między kolumnami przynosi szczęście, choć niegdyś wykonywano tu egzekucje.
Plac położony jest w sąsiedztwie bazyliki św. Marka i pałacu Dożów, który przez wiele lat był siedzibą władców niezależnej Republiki Weneckiej. Te obiekty są podstawowym punktem programu zwiedzania miasta na wodzie. Budowle wokół placu zostały zbudowane w XVI wieku i wciąż czuć w nich klimat tamtych czasów. Na placu znajduje się również słynna wieża zegarowa Torre dell‘Orologio, którą zaprojektował Mauro Codussi.

W związku z położeniem Wenecji plac dosyć często zalewany jest wodą, która przedostaje się nawet do wnętrza bazyliki.
Miasto sprawia wrażenie obiektu z zupełnie innego wymiaru i tak rzeczywiście jest. Przechadzając się najbardziej wąskimi uliczkami, jakie kiedykolwiek widziałam, dostrzegłam, że w cieniu tych pięknych zabytków toczy się również zwyczajne życie. Wysoko nad moją głową powiewały świeżo wyprane ubrania rozwieszone na sznurkach przymocowanych między jednym oknem a drugim. Gdzieś słychać było domową konwersację w charakterystycznym ekspresyjnym włoskim języku. Często uliczki były tak wąskie, że mogła nimi przejść wyłącznie jedna osoba.
Miałam wrażenie jakbym znajdowała się w jakimś labiryncie, by za chwilę poznać kolejną odsłonę Wenecji. Po drodze mijałam liczne kawiarenki ze stolikami ustawionymi na zewnątrz, gdzie nawet usiadłam na moment, by skosztować włoskiego cappuccino.
W końcu dotarłam do Canal Grande, największego kanału w Wenecji, a właściwie cieśniny o długości 3,8 km, w kształcie odwróconej litery S, która dzieli miasto na dwie części. Jak większość turystów, nie odmówiłam sobie wejścia na most dell’Accademia, z którego zrobiłam pamiątkowe zdjęcia. Wzdłuż kanału można ujrzeć wiele pięknych gondoli, a dzięki nim poznać oblicze Wenecji z zupełnie innej perspektywy, choć jest to dosyć drogi środek lokomocji. Tańszym, lecz mniej romantycznym środkiem transportu są tutaj tramwaje wodne.
W Wenecji dosyć często pada, więc niedługo cieszyłam się dobrą pogodą, choć już zdążyłam przynajmniej powierzchownie zwiedzić najważniejsze obiekty. Przed deszczem schowałam się w jednej z restauracji, położonej nad Canal Grande, robiąc sobie przerwę na lunch. Ceny w Wenecji są dosyć wysokie, zarówno w sklepach, które oferują bardzo bogaty asortyment, jak i restauracjach, w porównaniu z innymi włoskimi miastami.
Panuje tutaj też specyficzny stęchły zapach stojącej wody, ale piękno i niepowtarzalny klimat miasta rekompensują wszystko.
Po całym dniu zwiedzania udałam się na ostatni już prom i z sentymentem opuściłam Wenecję, spoglądając na oddalające się miasto, które zginęło gdzieś w morzu, zostawiając mnie z wrażeniem, że wciąż słyszę śpiew jednego z gondolierów.

Autor tekstu: Alina Lużyńska
Autor zdjęć: Alina Lużyńska