Weekend w Rzymie? Dlaczego nie.
Teoretycznie nie muszę przygotować się do wyjazdu, ponieważ wyjazd organizuję z koleżanką z Londynu, która sporządziła już całą listę miejsc do obowiązkowego zwiedzania. Jest w tym dobra, więc nie musimy korzystać z usług przewodnika.
Nie udaje nam się zsynchronizować lotów, więc przylatuję z Polski kilka godzin po Betty, która leci ze stolicy Anglii.
Wynajęłyśmy skromny hostel w centrum Rzymu, lecz jest to zupełnie bez znaczenia, ponieważ większość dnia spędzamy na zwiedzaniu.
Wyruszamy wcześnie rano, patrząc jak miasto budzi się do życia. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień. Śródziemnomorski klimat sprawia, że powietrze jest tutaj bardzo łagodne. Siadamy więc na zewnątrz restauracji, gdzie Betty oddaje się swojemu nałogowi palenia papierosów, a ja innemu, w postaci filiżanki włoskiego cappuccino.
Pierwszym najbardziej rzucającym się w oczy zabytkiem jest oczywiście Koloseum, oficjalnie w starożytności Amfiteatr Flawiuszów, który miałam możliwość obejrzeć z góry tuż przed wylądowaniem samolotu na ziemi włoskiej. Koloseum, symbol Rzymu, jest wpisane na listę siedmiu cudów świata.
Amfiteatr jest ogromny, jego dłuższa oś wynosi 187,75 metrów, krótsza 155,6 metrów, z kolei wysokość około 50 metrów. Obwód wynosi 524 metry, a powierzchnia areny 3 600 metrów kwadratowych. Budowla powstała na zlecenie bogatego rzymskiego chrześcijanina Walentiusza, wzniesiona w latach 70–72 do 80 n.e.
Spacerując przez chłodne korytarze amfiteatru, myślę o historii tego miejsca igrzysk, w którym niegdyś odbywały się m.in. walki gladiatorów, naumachie (walki morskie), polowania na dzikie zwierzęta. Siadam na moment na najwyższym poziomie tego częściowo zniszczonego przez trzęsienia ziemi zabytku i oddaję się zadumie, wystawiając twarz do słońca, by na moment stać się obserwatorem minionych wydarzeń. Przenoszę się o kilka lat wstecz i nie do końca podoba mi się klimat tego miejsca, które choć robi wrażenie, to historycznie związane jest z męczeństwem pierwszych chrześcijan.
Na jednej z kondygnacji mijam pomieszczenia dla gladiatorów czy klatki dla zwierząt.
Kolejnym obowiązkowym punktem programu staje się dla nas Panteon, który znajduje się w centrum miasta, najbardziej znany i zachowany zabytek z okresu cesarstwa rzymskiego. Miejsce poświęcone wszystkim bogom.
Nadchodzi pora lunchu i obowiązkowa włoska pizza. Najlepsza, jaką kiedykolwiek jadłam. Włosi stworzyli wiele kompozycji pizzy, lecz nie jestem w stanie spróbować wszystkiego. Oliwa kapie nam po brodzie, a pizza po przedpołudniu poświęconym na zwiedzanie smakuje wyśmienicie.
Robimy pamiątkowe zdjęcia na tle największych w Europie hiszpańskich schodów liczących 138 stopni, które są miejscem obleganym przez większość turystów. To tutaj odbywają się pokazy mody czy festiwal kwiatów, a w okresie Bożego Narodzenia ustawiana jest tam szopka i inne dekoracje.
Rzym kryje w sobie wiele urokliwych zakątków. Spacerując jego uliczkami, odnoszę wrażenie, że pomimo współczesności, znalazłam się w innej epoce, która przypomina o sobie w każdym szczególe tego miasta.
Przepiękna architektura, fontanny, kamienice, muzea i kościoły wyzwalają we mnie wiele emocji, a dbałość o szczegóły powoduje, że nie jestem w stanie w tak krótkim czasie przyjrzeć się dokładniej wszystkim elementom danego obiektu.


Docieramy do najbardziej znanej, barokowej fontanny di Trevi.
Zauważam, że turyści wrzucają do fontanny drobne monety (przez ramię do tyłu). Legenda głosi, że wrzucając jedną monetę, zapewniamy sobie powrót do Rzymu, dwie — romans, a trzy — ślub. Szukam drobnych w kieszeni, odwracam się i rzucam jedną monetę w nadziei na rychły powrót.
Pieniądze, wyławiane przez władze miasta, przeznaczone są na utrzymanie zabytków oraz na potrzeby biednych w Rzymie.
Betty proponuje zakup lodów w lodziarni tuż przy fontannie. Są pyszne i szczerze mówiąc, najlepsze lody i pizzę jadłam właśnie we Włoszech.
W drodze do Forum Romanum kupujemy pocztówki, żeby wysłać je znajomym. W końcu staję przed antycznymi kolumnami z szeregiem łuków, rzeźb i świątyni. Forum Romanum, czyli rynek rzymski, to najstarszy plac miejski w Rzymie, otoczony sześcioma wzgórzami. W tym miejscu odbywają się najważniejsze uroczystości publiczne.
Robimy również zdjęcia przy Łuku Konstantyna Wielkiego wzniesionym na życzenie senatu i ludu rzymskiego.
Dzień jest stanowczo za krótki, a miasto kryje w sobie jeszcze wiele innych zabytków.
Po powrocie do hostelu padam na twarz, a konkretnie na łóżko, nie mając siły na nic innego poza snem.
Nazajutrz z przykrością stwierdzam, że moje ciało pokryte jest czymś w rodzaju czerwonych swędzących kropek. Konsultuję to z Betty, która w przeciwieństwie do mnie trzyma się nieźle. Być może duża ilość tytoniu powoduje, że insekty omijają ją z daleka. Faktycznie spałyśmy przy otwartym oknie lub trafiłam na felerne łóżko.
Uroki tanich hosteli.
Śniadanie jemy w pokoju, zaopatrując się w podstawowe produkty w supermarkecie. Tego dnia mamy w planie zwiedzanie Watykanu. Podążam krok w krok za koleżanką, drapiąc się raz po raz po całym ciele, przeklinając pod nosem nocnych krwiopijców. Betty studiuje mapę i przewodnik, dzięki czemu mam czas na poznawanie uroków miasta, nie tracąc czasu na czytanie.
Przy głównym dworcu Roma Termini kupujemy bilety na metro „A” i w ciągu kilkunastu minut docieramy do Watykanu, najmniejszego państwa na świecie. Docieramy do Bazyliki św. Piotra i ustawiamy się w bardzo długiej kolejce, która jest jedynym minusem zwiedzania. Po jakiejś godzinie docieramy do bramek, przy których ochrona prześwietla nam bagaże.
Teraz spokojnie realizujemy program zwiedzania i w pierwszej kolejności odwiedzamy Kaplicę Sykstyńską. Ściany i sufit kaplicy zdobią freski wykonane przez Michała Anioła. Po powrocie szacuję, że w Kaplicy Sykstyńskiej zrobiłam około 300 zdjęć, co uświadamia mi wrażenie, jakie zrobiły na mnie wnętrza. Znajduje się tam wiele znanych obrazów, np. „Sąd ostateczny” czy „Stworzenie Adama” i nie sposób w tak krótkim opisie wyrazić wszystkich emocji związanych ze sztuką, która wywarła na mnie niezapomniane wrażenie. Czas spędzony w kolejce i kilkugodzinne zwiedzanie kaplicy powoduje, że robimy się głodne. Idziemy do małego bufetu znajdującego się na terenie obiektu, gdzie za 1 euro można skosztować kawałek pysznej włoskiej pizzy obowiązkowo na cienkim cieście.
Przekraczając próg Bazyliki św. Piotra w stosownym ubraniu, na które tak bardzo zwraca się tutaj uwagę, doświadczam głębokich przeżyć duchowych, które dodatkowo potęguje śpiew męskiego chóru. Ekspresja włoskiego śpiewu przykuwa mnie do ławki na dłużej. Nieskazitelnie czyste dźwięki, otwartość i harmonia, która odbija się echem w ścianach bazyliki, porusza moje serce.
Na koniec spoglądam jeszcze w słynne papieskie okno, spacerując po placu św. Piotra.
Kupujemy kilka pamiątek i wracamy do Rzymu.
Czas spędzony w tym pełnym niezapomnianych wrażeń mieście powoli dobiega końca. Tym razem Betty wcześniej udaje się na lotnisko, mój lot jest dopiero po południu. W oczekiwaniu na autobus, który ma zawieźć mnie na lotnisko, idę na pastę do pobliskiej restauracji. Spożywając posiłek, zauważam, że w gronie kilkuosobowej rodziny siedzącej przy stoliku obok mnie badawczo przygląda mi się dziewięcioletni chłopiec. Staram się nie zwracać na to uwagi, aczkolwiek nie sposób nie zauważyć, że nie spuszcza ze mnie wzroku. Opuszczam restaurację, lecz w tym momencie słyszę za sobą głos chłopca:
— Proszę pani — mówi łamaną angielszczyzną.
Odwracam się i patrzę na niego życzliwie, pytając, o co chodzi.
— Jest pani najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Czy mogę zrobić sobie z panią zdjęcie?
Nogi uginają się pode mną, ponieważ nigdy nie słyszałam z ust dziecka takiego wyznania. Jestem kompletnie zaskoczona, a zarazem rozbawiona całą sytuacją. Oczywiście robimy zdjęcia. Chłopiec pochodzi z Brazylii i jest wyjątkowym, małym gentelmanem.
Jak zawsze na lotnisku, opróżniam kieszenie z drobnych monet, które zostały mi po zwiedzaniu, kupując drobiazgi, które zaśmiecają moją przestrzeń życiową.
Sięgam po drewnianego pajacyka o imieniu Pinokio dla mojego syna, o włoskim imieniu Mario. To w tym kraju narodziła się słynna bajka pt. „Pinokio” Carla Collodiego, choć osobiście większy sentyment mam do włoskiej historii opartej na prawdziwych wydarzeniach pt. „O psie, który jeździł koleją” Romana Pisarskiego.

Mam nadzieję, że moneta, którą wrzuciłam do fontanny di Trevi, sprawi, że jeszcze odwiedzę to piękne, romantyczne miasto z niezapomnianą architekturą.

Autor tekstu: Alina Lużyńska
Autor zdjęć: Alina Lużyńska