Swoją przygodę z tej magicznej krainy, przybliży Nam Marek Wierzbicki – grafik z zawodu i podróżnik z zamiłowania 🙂 Dziś przybliży Nam północ Afryki, a dokładnie  nad Ocean Atlantycki do As-Sawiry, a także do Uzud by podziwiać wodospady i napotkać małpki makaki.

Ogrody Majorelle

Le Jardin Majorelle oddalone są od hotelu jakieś 3 km (Marek zatrzymał się w hotelu Amin). Można tam się przespacerować, ale równie dobrze można tam podjechać autobusem z pobliskiego skrzyżowania (tego skrzyżowania obok cukierni, o której pisałem wcześniej). Praktycznie dojedziemy tam każdym autobusem, ale warto powiedzieć kierowcy, że tam jedziemy, to może tak jak my mieliśmy, zatrzyma się pomiędzy przystankami, żebyśmy mieli jak najbliżej 🙂 to miłe:).

Jardin Majorelle jest pięknym ogrodem założonym w latach 20-tych przez Jacquesa Majorelle, który przybył do Marrakeszu w 1919 roku, aby kontynuować tutaj swoją malarską twórczość. Zbudował sobie posiadłość oraz założył ogród, który w 1947 roku został otwarty dla użytku publicznego. Jacques Majorelle po wypadku samochodowym wrócił do Francji, gdzie zmarł w 1964 roku. W 1980 r. Pierre Bergé i Yves Saint Laurent kupili ogród Majorella i odrestaurowali go. Ogród jest pełen barw i kontrastów. Roślinność, która się tam znajduje została przywieziona z pięciu kontynentów.

Wejście do ogrodów Majorelle kosztuje 40 dh, można jeszcze dodatkowo zakupić bilet do muzeum w cenie 25 dh.

W środku zobaczymy wystawę strojów rdzennych mieszkańców Maroka. Jest około 20 kompletnych ubiorów, zarówno mężczyzn, jak i kobiet z różnych zakątków Maroka. Dodatkowo można obejrzeć wystawę narzędzi, biżuterii i przedmiotów codziennego użytku. Moim zdaniem warto zobaczyć tą wystawę. Jednak największą atrakcją jest sam ogród, w którym znajdziemy przeróżne odmiany kaktusów, bambusy i wiele innych ciekawych roślin. Warto pospacerować ogrodowymi alejkami. Czas zwiedzania to max 2h.

Niedaleko ogrodów, idąc w stronę centrum natrafimy na duży podziemny supermarket, w którym możemy zaopatrzyć się w alkohol (duży wybór), ja dodatkowo zakupiłem małe turystyczne żelazko w cenie 25 zl. Ja osobiście natrafiłem na 2 tego typu, duże sklepy w centrum miasta.

ESSAOUIRA miasto nad oceanem

Następnego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę do uroczego miasta, które znajduje się nad brzegiem oceanu. Z Marrakeszu najlepiej dojechać tam autobusem Supratour, który odjeżdża z dworca autobusowego, nieopodal imponującego dworca kolejowego.

Pewnie najlepiej jest zakupić bilet dzień wcześniej, ale my nie zrobiliśmy tego.
Odjazd 08h30mn, Przyjazd 11h30mn
Przyjechaliśmy rano taksówką z hotelu, 50 min przed odjazdem autobusu. Petit taxi łapałem trochę dalej, nie zaraz przy hotelu. Tak jak pisałem wcześniej, taksówkarzowi mówi się 20 DH i wyznacza kierunek, czyli DWORZEC SUPRATOUR (ci którzy władają francuskim, będą mieli łatwiej w dogadywaniu się, innym zostaje mapa i język migowy 
http://www.supratours.ma
Dojeżdżamy do dworca, wręczamy kierowcy 20 dr i w kasie dworca kupujemy bilet do Essaouiry. Bilet powrotny można kupić w kasie na miejscu po przyjeździe. Dostaliśmy bilety na 2 miejsca (numerowane!) na końcu pojazdu. Wcześniej należy zadbać o kupno biletów, jeśli chcemy mieć pewność, że pojedziemy wybranym kursem. W dworcowej kawiarence kupujemy imbryczek z miętą (ok. 30 DR) i czekamy na autobus. Ten podjeżdża 5 min przed czasem, wsiadamy do środka, a po chwili przez środek przechodzi chłopak, sprawdzając bilety na swojej liście. Czeka nas 3 godzinna podróż. Z okien autobusu widzimy, jakże biedny krajobraz kraju. W połowie drogi kierowca zatrzymuje się i robi 20-30 minutową przerwę. Nie przypadkiem zatrzymuje się poza miastem, przed sklepem z olejkami arganowymi. Oczywiście ceny dla turystów są koszmarnie wysokie, 10 razy wyższe od tych normalnych. Korzyścią może być jedynie fakt zobaczenia całego spektrum produktów z olejku arganowego. Można było posmakować tego spożywczego, miodu z arganem, jak i obejrzeć wyroby z olejku kosmetycznego wymieszane z różnymi ziołami, eukaliptusem, różą, rozmarynem.. itd. W głównej sali siedziały kobiety, wprawnie rozbijając orzeszki arganowe kamieniami. Pokazywały, jak się robi olej arganowy. To było bardzo ciekawe. Sam próbowałem rozbić orzeszek kamieniem, ale przy pierwszej próbie i uderzeniu w palec, szybko zrezygnowałem. Oczywiście przy uciesze wszystkich kobiet

Kończy się przerwa, a my oczywiście nic nie kupujemy. Ruszamy i po 1.5 h jazdy docieramy do Essaouiry. Autobus powoli zjeżdża z pobliskiego wzgórza, a naszym oczom w dole ukazuje się miasto. Zaraz po dojechaniu na miejsce, pierwszą rzeczą jaką robimy to kupno biletów powrotnych na ostatni kurs do Marrakeszu. Ostrzegam, że jeżeli tego nie zrobicie od razu, to zapomnijcie o powrocie do Marrakeszu tego samego dnia. Na podobny pomysł wpada połowa ludzi z autokaru, którym przyjechaliśmy.

Odjazd 18h00mn, przyjazd do Marrakeszu: 21h30mn
Dworzec autobusowy jest usytuowany blisko głównej bramy wejściowej do miasta. Piękna pogoda sprawia, że spacerujemy głównym duktem miasta, gdzie po prawej i lewej stronie kupcy sprzedają swoje towary. Dochodzimy do bramy na końcu miasta i tuż przy placu za bramą wybieramy malutką knajpeczkę, prowadzoną przez bardzo miłych ludzi. Młodego rosłego mężczyznę z gór Atlasu, który włada angielskim (mówił, że w czasie studiów korespondował z dziewczyną z Poznania   i jego żonę Chinkę  , a po kawiarence biegała wesoło mała dziewczynka ich córka. Wybieramy miejsce na dachu, gdzie w słońcu czekamy na 2 obiadowe Tadżiny. Za 2 dania, imbryk mięty, talerzyk z oliwkami płacimy 50 DR

Najedzeni i wygrzani, żegnamy się z przemiłymi właścicielami i ruszamy wąskimi uliczkami w kierunku obronnych fortyfikacji z armatami umieszczonymi w wyszczerbieniach muru.

Po drodze moje oko przyciąga pięknie rzeźbiony imbryk na miętę. Biedny Berber siedział przy ulicy, a po moim spojrzeniu na imbryk, chwycił go i intensywnie zaczął pocierać gazetą. Pucował go, jak najcenniejszy samorodek złota, chcąc wzniecić dawny blask jego świetności. Po 30 min. targowania z 300 DR cena spada na „last last prajs” czyli 80 DR   po moim małym handlowym sukcesie udajemy się wąskim uliczkami na mury miasta. Rozkoszujemy się wspaniałym widokiem na ocean i wzburzone fale, na murach powiewa czerwona marokańska flaga z gwiazdą a z góry przygrzewa późnopopołudniowe słońce. Robimy zdjęcia, bo to jest godzina, kiedy słońce doskonale wszystko oświetla pomarańczowym, ciepłym światłem.

Następnie przeszliśmy małymi uliczkami do portu, gdzie rano można kupić owoce morza i rybę, która podobno można zanieść do dowolnej knajpy i poprosić o usmażenie za drobną opłatę.

Wg. przewodnika, znana jest tradycja, że gdy rybacy wracają z połowu, pierwszeństwo w wyborze ryb mają ich żony, a dopiero potem wszyscy inni

Nasz czas w uroczym portowym miasteczku dobiega końca, wolnym spacerowym krokiem, przy zachodzącym słońcu, (bo w lutym niestety dzień jest krótki) wracamy w stronę dworca autobusowego.

Wszyscy grzecznie siadają na swoich numerowanych miejscach i mając komplet pasażerów autobus rusza w kierunku Marrakeszu. Zapada zmrok i po 3 godzinach z jedną 20 minutową przerwą docieramy do celu. Marrakesz wita nas strugami jakże nieczęsto padającego deszczu. Łapiemy petit taxi i za 20 DH w ciągu 10 min docieramy do Imperial Plaza. Wygodne pokoje i gorąca kąpiel w pełni rekompensuje nam męczący dzień, ale to taki rodzaj zmęczenia, które bardzo lubimy! Zmęczenie globtrotera 

WODOSPAD I MAŁPY

Kilka dni później postanowiliśmy odwiedzić największe marokańskie wodospady Cascades d’Ouzoud. Planując wyprawę zastanawiałem się, jaki będzie najlepszy sposób dojazdu do wodospadów. Czy pojechać komunikacją lokalną?, czy może wynająć samochód i być wolnym, niezależnym człowiekiem?

Zaczynam działać. Jadę dzień wcześniej na dworzec autobusowy. Widok otoczenia niezbyt zachęcający, a dworzec dość obskurny. Autokary, które parkują dookoła nie są tak zadbane jak ten, którym jechaliśmy do Essaouiry. Różnica jest mniej więcej taka, jak między klasycznym PKS-em, a nowoczesny Polskim Busem. Wybierając marokański PKS decydujesz się na posmakowanie lokalnego kolorytu. Podróż jest tańsza, a więc i pasażerowie nie należą do tej zamożniejszej grupy. Na dworcu jest mnogość kas wielu przewoźników, które sprzedają bilety w różnych kierunkach. Naprawdę trudno się połapać w tym gąszczu komunikacyjnym.
Z tego co się zorientowałem to najlepiej kupić bilet dzień wcześniej lub przyjść godzinę przed odjazdem autobusu (tyle, że miejsca mogą być już wyprzedane). Zauważyłem, że pomiędzy autobusami chodzi mężczyzna sprzedający bilety na kursy wszystkich pojazdów stojących w zatokach. Można śmiało u niego kupić bilet, który jest w normalnej, niezawyżonej cenie.
Jeszcze nie dowiedziałem się gdzie jest kasa z biletami i z którego stanowiska odjeżdżają autobusy, a już zauważyłem, że jestem otoczony przez „wszystkowiedzących przewodników”. Naturalnie, jak zwykle ich propozycje i zapewnienia miały świadczyć o najkorzystniejszej cenie, a to guzik prawda. Oferty były mocno, bo aż 3 krotnie zawyżone.
Zmęczony wszystkimi super ofertami i „best prajsami” podjąłem w duchu decyzję, że wynajmuję samochód. Trudno, raz kozie śmierć, może jakoś uda mi się wyjechać z tego magicznego, a za razem zwariowanego komunikacyjnie miasta. Jednak do odważnych świat należy.

Jeszcze tego samego dnia w okolicy hotelu znalazłem dobrą wypożyczalnie, a wieczorem dobiłem wszelkich formalności. Dostałem Dacie Logan z pustym bakiem i z pustym miałem oddać. 300 MAD za jeden dzień.

Dogadałem się, że wezmę go już wieczorem, tak żeby raniutko wyjechać z miasta. Na zwrot umówiliśmy się o 18. Zabezpieczeniem miał być czek z karty wypukłej, ale miałem jedynie płaskiego delfinka mBanku. W ramach zabezpieczenia poproszono mnie o zostawienie paszportu jako kaucję. Do dzisiaj się dziwię, dlaczego się zgodziłem na ten rodzaj kaucji. Wiem, że nie powinno się nikomu oddawać paszportu. Podpisałem umowę, poprosiłem o zrobienie kserokopii paszportu, odebrałem kluczyki, zabrałem papiery i poszedłem do hotelu. Generalnie wszystkie formalności poszły sprawnie i bezproblemowo. Mogę śmiało polecić tą wypożyczalnię. Nikt w Marrakeszu nie wynajmie Wam auta na jeden dzień za taką cenę. Oczywiście wypożyczając na kilka dni można dostać jeszcze lepszą stawkę.
Auto zaparkowałem przed hotelem i poszedłem sprawdzić trasę na mapie. Postanowiłem wyruszyć bladym świtem, kiedy miasto leniwie przeciąga się w swoich łóżkach. Uznałem, że to jedyna metoda, aby bezstresowo wyjechać z miasta.

Wstaliśmy o świcie, kiedy za oknem było jeszcze ciemno, a w oddali niosły się odgłosy muzułmańskiej modlitwy.
Nieopodal hotelu są 2 stacje benzynowe, podjechaliśmy do jednej z nich i zatankowaliśmy 25 litrów. Z karty ściągnęło 90 zł. Pomyślałem, że tyle paliwa starczy na 350-380 km. Po powrocie okazało się, że kilka litrów zostało jeszcze w baku. Najlepiej nalać 15 l i dotankować po drodze. Stacji jest po drodze nie brakuje.
Ruszamy i po 30 minutach mijamy rogatki miasta. Kontrolnie rozkładam mapę i pytam się kogoś, czy to dobry na pewno dobry kierunek. Przydrożny sprzedawca potwierdza nasze przypuszczenia. Droga jest dobra i pusta. Chłopak w wypożyczalni ostrzegł nas żeby raczej nie przekraczać 100-110 km/h. Po drodze mijaliśmy 3 patrole, ale nikt nie chciał specjalnie z nami gadać, no i dobrze pomyśleliśmy 

Jechało się bardzo przyjemnie, piękna pogoda, 24 stopnie, słońce, wokół kwitnące na biało drzewka, cisza i spokój. Rzadko mijały nas samochody. W oddali widzieliśmy ośnieżone góry Atlasu, a droga wiodła zakrętami pomiędzy rdzawo-czerwonymi zboczami. Byliśmy w tak dobrych nastrojach, że po drodze podwieźliśmy berberyjskiego staruszka. Trudno było nam rozmawiać, więc wymieniliśmy tylko kilka miłych spojrzeń i uśmiechów.

 

Już o 11-tej byliśmy na miejscu. Zaparkowaliśmy samochód na jednym z płatnych parkingów za 10 MAD. Oczywiście podszedł do nas „przewodnik” machając legitymacją i oferując pokazanie miejsc, jakich jeszcze nie widzieliśmy.
A wiecie na czym polega ich myk? Zaraz wam to wytłumaczę. Najpierw prowadzą was na do miejsca, gdzie woda spada w dół. Z krawędzi wodospadu roztacza się nieziemski widok. Uwaga, osoby, które mają lęk przestrzeni,  będą miały trochę pietra patrząc w dół.

 

 

W tym miejscu nie wiadomo jak zejść na dół, dookoła nie ma żadnej ścieżki… i wtedy dopadają was przewodnicy, proponując, że za 3 euro doprowadzą was gdzie chcecie.
Jeden z nich podszedł do mnie i zapytał jakiej jestem narodowości. Już wiedział, że nic nie wskóra namawiając mnie na wycieczkę, więc mówi po polsku… „za darmo, za darmo?”
Oczywiście parę metrów dalej, tuż za rogiem jest strzałka, która pokazuje gdzie trzeba iść i wygodny murowany chodnik, szerokie zejście ze straganami, knajpkami z pachnącymi „Tajine”. „Tajine” to gorąca jagnięcina z warzywami. która podawana jest w glinianych naczyniach z pokrywą w kształcie stożka. (ceny to ok. 50 MAD)
Wysokie na 110 metrów wodospady Ouzoud – najwyższe w Maroku – spadają do rzeczki, która płynie w naturalnym parku. Ich nazwa wywodzi się od „uzud” – oliwka, gdyż wokół na tym sztucznie nawadnianym terenie rosną przede wszystkim gaje oliwkowe. Boczne ściany wodospadu zamieszkują różne gatunki ptaków, a wśród drzew przemykają małpy. Powietrze składa się z milionów drobinek wody. I nagle nad spiętrzonymi białymi bałwanami dostrzegamy przepiękną kolorową tęczę.

 

 

Wygodnie siadamy na jednym z tarasów i ciesząc oczy tym widokiem wygrzewamy się na słoneczku. Zamawiamy „tadżina” oraz imbryk z miętą. Tu smakuje tak, jak nigdzie indziej. W tej rajskiej scenerii niemal tracimy poczucie upływającego czasu. Idąc ścieżką wśród drzew natykamy się na rodzinę pięciu małp. One zupełnie nas się nie boją, wolno przechodzą parę centymetrów obok. Ja jednak boję się pogłaskać małpiszona, bo nie wiadomo co może takiej małpie strzelić do głowy.
Wymieniamy spojrzenia domniemanego pokrewieństwa i idziemy dalej. Zbliżając się do samochodu w jednej z budek wypijamy po szklance soku pomarańczowego. Wyciska go dla nas 10letni młodzieniec, a my z kolei wyciskamy sok ze swoich szklanek… aż do ostatniej kropelki. Jest pyszny!
Przed odjazdem podszedł do nas jeden z „przewodników” prosząc o podwózkę do Marrakeszu. Jak się domyślacie, odmówiliśmy. Pamiętajcie, nie róbcie tego. Nie zgadzajcie się. W razie problemów, policja ma prawo skonfiskować samochód, kiedy np. znajdzie u jednego z pasażerów.. narkotyki.
Samochód zawarczał i ruszył do domu   Trasa prawie pusta… jazda taką drogą to przyjemność. Ok 17 docieramy do Marrakeszu i tu niestety trzeba się zmierzyć z piekłem ruchu drogowego. Setki motorków, zasady ruchu umowne, pełno samochodów… czyste wariactwo. Ale muszę Wam powiedzieć, że po pół godzinie, tak się wtopiłem w uliczny ruch, że strach minął, a pojawiła się pewność i zdecydowanie.
Nie taki diabeł straszny jak go malują 
O 18nastej auto stało już przed biurem wypożyczalni, a paszport miałem w ręku. Oddałem dokumenty i nikt się o nic nie pytał. Wszystko przebiegło bezproblemowo, sprawnie i konkretnie. Polecam!
To był fajny dzień… pomyślałem, leżąc na marokańskim posłaniu 

 

 
Autor relacji: Marek Wierzbicki
Materiał przygotowała: Sylvi Złotucha