Myśl o spontanicznym wyjeździe na Majorkę jeszcze przed sezonem, kiedy w Polsce wciąż czuć zimową aurę, okazała się wspaniałym pomysłem.
Nic tak pozytywnie nie nastraja do życia jak odrobina słońca, morskie powietrze i piękne plaże. Taka bowiem okazała się Majorka, a konkretnie Palma de Mallorca, która jest stolicą tej wyspy.
Szukając opcji tańszego przelotu, musiałam dostać się autem do Berlina, skąd liniami lotniczymi airberlin w ciągu 2 godz. i 40 minut znalazłam się już w innej bajce.
Warto było przeżyć turbulencje i pokonać nabyty z czasem lęk przed lataniem samolotem, by ujrzeć niezapomniane piękno tej wyspy.
Po wylądowaniu decyduję się na wypożyczenie auta, które o tej porze roku jest stosunkowo niedrogie. Dzięki temu w przeciągu kilku następnych dni będę mogła zobaczyć więcej niż zakładałam.
Pięciogwiazdkowy hotel z resortem spa , wewnętrznym i zewnętrznym kompleksem basenów, otoczonym egzotyczną roślinnością, rekompensuje brak możliwości pływania w morzu, które w marcu jest jeszcze zbyt chłodne.

W hotelu też nie ma tłumów. Rankiem otulam się szlafrokiem, wchodzę do windy i zjeżdżam na najniższy poziom hotelu, gdzie znajduje się wszystko to, czego mi potrzeba. Kompleks saun, baseny, spa, siłownia, choć to ostatnie wciąż pozostaje jedynie na liście postanowień zadbania o formę.
Poza panią w recepcji o tej godzinie nie ma jeszcze żywej duszy. Zrzucam szlafrok i wskakuję do wody, po czym płynę do basenu na zewnątrz hotelu. W wodzie nie czuć chloru, ponieważ to woda morska. Hotel usytuowany jest na wzgórzu. Pływając, widzę więc rozległe góry, palmy, port jachtowy i przede wszystkim piękne morze. Słona woda lekko paruje, a rześkie powietrze wypełnia moje płuca. Wokół panuje cisza, za sobą słyszę tylko szum wodospadu. Jakiś egzotyczny ptak przyleciał właśnie i przysiadł na palmie, z której bacznie mi się przygląda, a w ogrodzie Afroamerykanin wykonuje poranne prace, przycinając starannie krzewy.
Zamykam oczy i kładę się w wodzie na plecach, patrząc w niebo. Liście palmy raz po raz przysłaniają mi słońce. Niczego więcej już mi nie trzeba. Doświadczam głębokiego spokoju i harmonii.
Wychodząc z basenu, otulam się szlafrokiem i sięgam po jedną z mandarynek, które zbyt dojrzałe spadły już z drzewa. W niczym nie przypomina smaku mandarynek kupionych w polskim supermarkecie. Jest słodka i soczysta. Próbując innych owoców, zauważam tę samą różnicę.

Ponieważ jest to dość spontaniczny wyjazd, nie zdążyłam zaopatrzyć się w przewodnik. Kupuję go na miejscu, choć tym razem celem mojej wyprawy nie jest zwiedzanie, lecz relaks i spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość z pewnego dystansu, a także podjęcie kilku życiowych decyzji.

W pierwszej kolejności jadę autem tam, gdzie można zobaczyć klify. Po centrum Palmy de Mallorca jeździ się całkiem dobrze, natomiast wjeżdżając w boczne uliczki, trzeba dosyć uważać, ponieważ są one wąskie i kręte. Słucham lokalnego radia, oswajając się z językiem hiszpańskim. Jadę wzdłuż wybrzeża z szeregiem palm, po morzu dryfują statki. Raz po raz zauważam wiatraki, które są ozdobą wyspy.
W końcu docieram na miejsce. Wspinam się na skały, widok jest ekscytujący. Woda, która raz po raz uderza w klify, tworzy niesamowite wrażenie. Tutaj czuję, że jest jeszcze tyle miejsc, które chciałabym odkryć, i cieszę się, że mam szansę doświadczać tego tu i teraz.
Potrafię zachwycać się każdym elementem natury. Często znajomi dziwią się, dlaczego wzbudza to we mnie taki zachwyt. Nic nie sprawia mi więcej radości niż obcowanie z naturą, męczy mnie zgiełk dużych metropolii, które jedynie pod pewnymi względami mają swoje plusy.
Nie miałabym nic przeciwko temu, by resztę życia spędzić na jednej z takich wysp, prowadząc jakiś mały hotel i oddając się pasji tworzenia, śpiewania i pisania książek.

Resztę dnia spędzam na jednej z plaż, gdzie spaceruję wzdłuż wybrzeża, a potem na zewnątrz zamawiam obiad, na który składają się oczywiście owoce morza, choć menu nie ogranicza się jedynie do tego typu potraw. Od pierwszego do ostatniego dnia pobytu wszystko smakuje tutaj wyśmienicie, a jadłam w kilku różnych restauracjach.
Kolejny dzień pobytu to zwiedzanie centrum stolicy. Spaceruję wąskimi uliczkami, oglądając wystawy sklepów i otaczającą mnie architekturę. Po drodze wchodzę do jednego z kościołów. Wrzucam monetę i w tym samym momencie zapala się elektroniczna świeczka w intencji mojej babci, którą na zawsze pożegnałam kilka dni przed moją podróżą, a rozstanie to sprawiło, że poczułam impuls do działania i tego wyjazdu.
Spaceruję wokół przepięknej katedry Le Seu utrzymanej w stylu gotyckim. Katedra ma 121 metrów długości i 55 metrów szerokości. Posiada przepiękne witraże, na które składają się różnokolorowe kryształki. Siadam na schodach przed katedrą, skąd roztacza się widok na morze i szereg palm wzdłuż ulicy.
Centrum Palmy to mnóstwo sklepików z pamiątkami, ekskluzywnych butików i galerii artystycznych. Mój pobyt jest stosunkowo krótki, lecz nie omieszkam zajrzeć do jednej z nich. Majorka słynie ze sprzedaży pereł. Pełno tutaj butików, które oferują szeroki wybór naszyjników, kolczyków czy bransoletek. W końcu znajduję ten odpowiedni dla siebie, mając na uwadze, że każda kobieta oprócz małej czarnej powinna posiadać również komplet pereł.
Spaceruję tak długo aż czuję zmęczenie. Po drodze słucham zespołów muzycznych grających na ulicy miasta, z których niejeden znany zespół mógłby wziąć przykład. Przewrotność polega na tym, że wielu dobrych muzyków występuje na ulicy zamiast na wielkich scenach. Zasilam ich drobną sumą i kupuję płytę.
Chciałabym zobaczyć jeszcze oceanarium czy jaskinie, które są wspaniałą atrakcją turystyczną Majorki, lub doznać odrobiny adrenaliny, udając się na przejażdżkę po serpentynach Sa Calobra. Jednak zostawiam to na następny raz, ponieważ w tak piękne miejsce planuję jeszcze wrócić. Wolę napawać się tym, co otacza mnie w danej chwili, niż biegać z przewodnikiem po wyspie, usiłując zobaczyć wszystko, co należy zwiedzić.

Wieczorem schodzę do restauracji hotelowej na lampkę czerwonego hiszpańskiego wina, oliwki i inne przekąski. Siedząc na sofie, raz po raz spoglądam na parę młodych Hiszpanów zainteresowana ich burzliwą konwersacją. Dziewczyna opowiada o czymś w tak ekspresyjny sposób, gestykulując przy tym rękami i nie tylko, co sprawia wrażenie jakby całe jej ciało mówiło. Mężczyzna siedzi spokojnie z założonymi rękami, którymi po chwili zasłania twarz, kręcąc przecząco głową, po czym zaczyna opowiadać równie emocjonująco. Oboje śmieją się w kułak. Z rozmowy de facto nic nie rozumiem, ponieważ nie znam języka hiszpańskiego, ale jest ona dla mnie tak interesująca, że nie potrafię oderwać od nich oczu.

Wracam do pokoju i jeszcze na moment wychodzę na taras, by obejrzeć pełnię księżyca. Po chwili jednak opuszczam go, ponieważ tej nocy na wyspie panuje wyjątkowo silny wiatr, w który wsłuchuję się tej nocy. Szum morza, odgłos wiatru, od którego uginają się palmy, i odrobina hiszpańskiego wina wprawiają mnie w refleksyjny nastrój.
Ze wszystkich planet we wszechświecie niewątpliwie Ziemia jest najpiękniejsza — myślę, a Majorka po prostu cudowna.