Od pewnego czasu rozważałam wyprawę na daleką północ. Tym razem celem mojej podróży są kraje skandynawskie. Choć marzę o tym, żeby ujrzeć zorzę polarną, tym razem okoliczności sprzyjają wyjazdowi na południe Norwegii. Loty z Polski są tańsze od tych na północ, choć połączenia z Gdańska stanowczo zbyt wczesne, mając na uwadze fakt dojazdu na lotnisko, czyli 120 kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. Wybieram się zatem dzień wcześniej i spędzam noc w hostelu przy lotnisku, by o czwartej nad ranem udać się do odprawy. Do wyjazdu zapraszam koleżankę, żeby było raźniej.
Uwielbiam moment, w którym po raz pierwszy podczas obniżania wysokości z okna samolotu mogę zobaczyć kraj, którego jeszcze nie znam.
Wówczas moim oczom ukazują się różne pejzaże i za każdym razem towarzyszą mi inne odczucia. Po dwugodzinnym locie zbliżamy się do celu podróży.
Kiedy spoglądam w dół, widzę górzyste tereny, lasy i morze. W moim odczuciu nie jest to tylko kolejny pejzaż, odczuwam coś bardzo mistycznego związanego z tym miejscem. Jakiś dziwny dreszcz przeszywa moje ciało, tak jakby te lasy, jeziora kryły w sobie wiele tajemnic.

Docieramy do lotniska Oslo Torp (TRF) położonego około 7 km na północny wschód od Sandefjord. Stamtąd do Larvik, uroczego małego miasteczka liczącego ponad czterdzieści tysięcy mieszkańców. Larvik słynie z wyjątkowo czystej wody do spożycia, która jest nieodłącznym elementem mojej diety, więc niewiele mi do szczęścia potrzeba. To tutaj znajduje się rozlewnia wody Farris dostarczanej do większości sklepów w Norwegii. Zatrzymujemy się u znajomego Norwega, z którym w dalszym etapie znajomości podejmuję współpracę artystyczną. Tym razem nie zatrzymuję się w hotelach i w asyście koleżanki korzystam z gościnności znajomych.
Apartament jest wyjątkowo ładny i zadbany a z salonu wyjście na taras z niesamowitym widokiem na morze i część wybrzeża. Tuż pod nim niemal na wyciągnięcie ręki znajduje się plaża i molo. W tym momencie przytrafiło mi się déjà vu, czyli odczucie, jakbym już kiedyś tutaj była.
W domu artysty zauważam kilka figurek aniołów. Okazuje się później, że większość Norwegów posiada je w swoich domostwach.
Pierwszy dzień pobytu to zwiedzanie miasta. Jest lekkie i przyjemne, zważywszy na środek komunikacji, którym się przemieszczamy. Na dodatek w towarzystwie osoby, która de facto urodziła się tutaj, więc nie ma lepszego przewodnika, który w sposób szczególny odsłoni nam uroki tego miasta.
Jedziemy kilka kilometrów od miejsca pobytu tuż nad ocean. Zanim dostaniemy się na plażę, trzeba pokonać nierówny grunt wyłożony różnej wielkości kamieniami. Po chwili docieramy tuż nad brzeg oceanu, wiatr rozwiewa moje włosy, a rześkie powietrze dodaje mi skrzydeł. Pozuję do pamiątkowych zdjęć, starając się utrzymać równowagę na kolejnych, już nieco mniejszych kamieniach. Legenda głosi, że trolle, które mieszkały na wybrzeżu w regionie Nordland, żyły i pracowały jak ludzie. Pewnego dnia dziewczyna o imieniu Lekamøya kąpała się w towarzystwie swoich siedmiu sióstr. Tego dnia przejeżdżał tamtędy troll zwany Hestmannen, który, gdy tylko ujrzał dziewczynę, natychmiast zapragnął zdobyć jej serce. Siostry dziewczyny uciekły, chroniąc się na wyspie Alsten, a Lekamøya uciekała dalej. Kiedy jeździec zrozumiał, że nie uda mu się jej dogonić, wypuścił strzałę w jej kierunku. W ostatnim momencie zauważył to pewien mieszkaniec wybrzeża i rzucił w niebo swój kapelusz, który przebity strzałą spadł do morza. O świcie promienie słońca zamieniły wszystkie trolle w kamienie.

Wracając, parkujemy auto tuż przed wzgórzem, z którego rozpościera się jeszcze piękniejszy widok na ocean. Następnego dnia po próbnej sesji zdjęciowej z producentem filmowym idziemy na spacer do pobliskiego lasu. Nie brakuje tutaj zieleni i charakterystycznych dla tego kraju drewnianych kolorowych domków, które w otoczeniu lasów, farm i górzystych zalesionych terenów kreślą piękne pejzaże.

W przeciwieństwie do poprzedniego dnia, w którym jedliśmy pizzę tuż nad zatoką w pizzerii Pepper, dzisiaj spożywamy posiłek w restauracji znajdującej się w parku. Tym razem jest to tradycyjny łosoś norweski.

Ceny w Norwegii powalają na kolana, co nie było zaskoczeniem, z racji tego, że jest to jeden z najdroższych krajów świata. Polskie kabanosy i ser przywiezione w walizce na wypadek kryzysu ubywają więc w mgnieniu oka.

Nasz przyjazd przypadł na dni poprzedzające 17 maja, czyli norweski dzień niepodległości, który w tym kraju jest wyjątkowym przedstawieniem obchodzonym w sposób radosny i uroczysty. W tym dniu tłumy wychodzą na ulicę i przechodzą przez centra miast, wsi i miasteczek. Pochód składa się z odświętnie ubranych osób, często są to stroje narodowe, policji, władz, dzieci i młodzieży, a także innych ludzi należących do różnych organizacji, którzy przy dźwiękach orkiestry celebrują ten najbardziej radosny dla Norwegów dzień w roku. Tego dnia wszędzie pełno jest kolorowych flag, której i ja stałam się posiadaczką.

W przeddzień święta w Larvik jest wyjątkowo spokojnie, czasem na ulicy trudno spotkać nawet jednego przechodnia. Miasteczko stwarza wrażenie wręcz opuszczonego.
Na koniec udaję się jeszcze do miejsca kultu religijnego czyli drewnianego kościoła na niewielkim wzgórzu, po czym kupujemy bilety na pociąg do Hamar, które jest naszym kolejnym celem podróży.

Bilety na pociąg okazują się droższe od tych lotniczych choć to zaledwie niecałe cztery godziny jazdy pociagiem. Po godzinie jazdy zauważamy, że tylko my stanowimy obiekt spojrzeń pozostałych pasażerów. Po chwili orientujemy się, że panują tutaj inne zwyczaje niż w Polsce. W pociągu jest wyjątkowo cicho. Komfort jazdy nieporównywalny do naszej starej jeszcze komunikacji PKP, w każdym wagonie znajduje się automat z napojami i wifi. Pociąg niemal bezgłośnie sunie po torach. Za oknem rozciągają się farmy, drewniane domy oddalone od siebie niekiedy o kilkanaście kilometrów, góry i jeziora. W połowie drogi mijamy Oslo stolicę Norwegii, niestety tym razem nie mamy czasu na zwiedzanie.

W końcu docieramy do celu, którym jest Hamar, nieco mniejsze miasto niż Larvik, liczące około 30 tysięcy mieszkańców.
Zatrzymujemy się u znajomego muzyka, który przez resztę pobytu w towarzystwie Norwega z Hamar oprowadza nas po mieście, pokazując najważniejsze atrakcje tego miejsca. Godne uwagi jest muzeum Domkirkeodden, w którym mieści się skansen średniowiecznego kościoła, elementy biskupiej twierdzy i stare domostwa. Znajduje się w nim również jedyne ogromne archiwum fotograficzne. W Hamar mieści się również Olympia Hall, znane jako Vikingskipet, czyli statek Wikingów, ponieważ posiada taki kształt.

Spacerujemy po centrum, które mieści w sobie wiele sklepów, muzeów, bibliotek i restauracji.
Hamar, choć jest urokliwym miejscem, nie robi na mnie takiego wrażenia jak Larvik. Mam wrażenie, że Hamar jest nieco przygaszone.
W zatoce stacjonują jachty, gdzie niemal każdego dnia chodzimy na długie spacery, rozmawiając o muzyce i sztuce.

Święto Niepodległości obchodzimy, wychodząc na ulicę i robiąc pamiątkowe zdjęcia, po czym, jak pozostali mieszkańcy, udajemy się do restauracji.

Budżet topnieje w związku z nieprzyzwoitymi kosztami utrzymania, więc wybieramy się autem na zakupy do Szwecji, gdzie ceny są znacznie niższe, co, jak się okazuje, jest praktykowane przez wiele osób. Muzyk nie mógł z nami jechać, więc tym razem za przewodnika mamy rodowitego Norwega. Jedziemy autem, mijając kolejne farmy i domy, szukając jakichkolwiek oznak życia. Norweg nie zna języka angielskiego, więc niezręczną ciszę wypełnia dźwięk radia. Staramy się zbyt wiele nie mówić w naszym ojczystym języku. Język norweski jest dość melodyjny i mam wrażenie, że szybko mogłabym opanować podstawy. Kiedy po raz kolejny mijamy znak z komunikatem „Uwaga renifery”, wyskakuję z auta i robię pamiątkowe zdjęcie, ponieważ jest to dla mnie niecodzienny widok.
Momentami czuję się dosyć dziwnie ze względu na słabo zaludnione tereny i odległości pomiędzy gospodarstwami domowymi. W drodze mijamy też las, który spłonął, i ten widok na długo zostaje mi w pamięci.
Wkrótce docieramy do Charlotte Center, w którym robimy zapasy żywności i kupujemy kilka pamiątek. W drodze mijamy jakieś miasteczko, którego nazwy już nie pamiętam, lecz zapamiętałam w nim wyjątkowy mały szwedzki sklepik z rękodziełem, w którym nabywam anioła w postaci kobiety z rozpostartymi skrzydłami oraz kilka trolli. Każdy z nich ma inne znaczenie.

Nazajutrz Norweg zaprasza nas na obiad do swojego domu, obiecując, że przyrządzi łosia. Nigdy nie jadłam mięsa z łosia, a wręcz od pewnego czasu zupełnie staram się z mięsa rezygnować. Korzystamy więc z zaproszenia.
Ciekawość bierze górę i sięgam po pierwszy kawałek mięsa otoczonego gęstym sosem. Wyjątkowo dobrze smakuje. Norweg mówi, że przyrzadzają go tutaj jedynie od święta, ale dla nas zrobił wyjątek.

W wyniku ciągu różnych wydarzeń w Hamar, okoliczności i poznanych ludzi trafiam do gabinetu pewnej Norweżki, która zajmuje się masażami i bioenergoterapią, szkoląc się u jakiegoś szamana z Północy.
Jestem tam, chciałabym napisać, przez przypadek, lecz unikam tego typu stwierdzeń, ponieważ w życiu nie ma przypadków. Tak czy owak mam przyjemność poczuć klimat tego miejsca i usłyszeć kilka słów na swój temat. Na ścianie gabinetu znajduje się postać kobiety anioła, pytam więc, czy mogę zrobić pamiątkowe zdjęcie, ponieważ piszę książkę o aniołach i jakoś tak poczułam, że powinnam.

Nie słyszę sprzeciwu. Muzyk robi mi zdjęcie, które ku zdumieniu wszystkich wychodzi czarno-białe bez jakiejkolwiek ingerencji w mój aparat fotograficzny. Po wyjściu z gabinetu odnajduję interpretację tego zdarzenia. Moje przeczucia związane z tajemnicą i mistyką Norwegii zaczynają się potwierdzać, nie tylko poprzez zdjęcie, ale i napotkane później osoby, jak chociażby postać Marty mieszkającej w Norwegii, która dogłębnie wprowadza mnie w tajniki numerologii i udowadnia, że na każdym kroku w jej życiu towarzyszy jej numer 33.

Musimy wracać, w przeciwnym wypadku zabukowany na powrót bilet lotniczy przepadnie. Podróż pociągiem upływa na przemyśleniach, analizie poznanych osób, miejsc i zdarzeń. Około północy z przesiadką w Oslo docieramy do lotniska w Sandefjord.
Okazuje się, że tak małe lotniska są w nocy zamknięte. Lot mamy dopiero rano. Oddalam się od portu w nadziei znalezienia restauracji, hotelu czy jakichkolwiek oznak życia. Bezskutecznie. Nie pozostaje nam nic innego, jak w towarzystwie kilku imigrantów czekać pod drzwiami lotniska na poranny lot. Ubieram na siebie niemal wszystko, co mam w walizce, i siedząc na ławce, zgrzytam zębami. Czas dłuży się niemiłosiernie. Około czwartej nad ranem otwierają się drzwi, przepustka do ciepłej herbaty i drzemki na krześle w oczekiwaniu na odprawę.
Norwegia jest piękna, ale żeby zamykać lotniska na noc?

Autor tekstu: Alina Lużyńska
Autor zdjęć: Alina Lużyńska