Stolicę Danii miałam sposobność obejrzeć kilka razy i zwykle, żeby się tam dostać, korzystałam z linii lotniczych.
Tym razem w podróż wybieram się autem na prom ze Świnoujścia do Szwecji, a potem do Kopenhagi.
Rejs zapowiada się ciekawie, choć mała kabina przyprawia mnie o klaustrofobię.
Początkowo zwiedzam niemal każdy zakamarek na pokładzie, bary, restaurację, kino i sklepy. Wchodzę wszędzie tam, gdzie jest to dozwolone.
Wypływamy na pełne morze. Idę do punktu widokowego, żeby złapać oddech. Wokół mnie szaleje wzburzony Bałtyk, a fale raz po raz uderzają o prom.
Patrzę w dół i wyobrażam sobie katastrofę statku, zastanawiając się, czy w razie braku innej możliwości wskoczyłabym do lodowatej wody.
Siadam na ławce pod zadaszeniem tuż przy szalupach ratunkowych, gdzie znacznie mniej wieje. Wystawiam twarz do słońca. Morze zawsze wzbudza we mnie podobne emocje. Odbieram, jakie jest piękne i niebezpieczne, owiane tajemnicą, a jego szum kojąco działa na moje zmysły. Forma relaksu, inspiracja do tworzenia i ucieczka w świat marzeń.
W pewnym momencie promem dosyć mocno buja. Chwiejnym krokiem wracam więc do kabiny rozbawiona faktem, że nie mogę utrzymać równowagi.
Po kilku godzinach docieram do portu w Szwecji, skąd autem muszę dostać się do Danii. Podróżuję najdłuższym na świecie mostem nad Sundem, łączącym dwa państwa: Szwecję i Danię. Jadę z Malmö do Kopenhagi mostem liczącym 7 845 metrów, a wokół otacza mnie morze.
Słońce chyli się już ku zachodowi, więc widok tym bardziej jest imponujący.

Kiedy docieram na miejsce, zauważam, że budynki tutaj są dosyć przygaszone, przynajmniej w dzielnicy, w której niegdyś miałam na stałe zamieszkać. Stale zmieniająca się pogoda i duński język odwodzą mnie od tego pomysłu.
Nazajutrz jadę do największego na świecie oceanarium Błękitna Planeta, położonego nad samym morzem. Obserwuję różne gatunki ryb z nosem przyklejonym do szyby. To jedno z piękniejszych akwariów morskich, jakie kiedykolwiek widziałam. Zamawiam cappuccino i siadam na zewnątrz tuż przed oceanarium, żeby popatrzeć na morze. Samoloty latają zbyt nisko, na falach w oddali kołyszą się jachty. Jest piękne, słoneczne popołudnie.

Podczas powrotu z oceanarium patrzę na mijane domy, sklepy, biurowce. Mam wrażenie, że budynki są do siebie podobne, a kolorystyka przygnębiająca, czego nie mogę powiedzieć o miejscu po przeciwnej stronie miasta, gdzie zamiast szarych budynków, tuż nad samym morzem rozciągają się białe rezydencje i domy, a w zatoce cumują drogie jachty. Tam czuję się znacznie lepiej. Dostrzegam inne oblicze Kopenhagi, które nie ma nic wspólnego z depresyjnym klimatem.
Wracając do domu, mijam prostokątny budynek z czerwonej cegły otoczony siatką. W pierwszym odruchu myślę, że to więzienie. Po chwili jednak grupa dzieci wychodzi z niego na spacer. Okazuje się, że to szkoła. Jako kierowca zwracam również uwagę na specyficzną sygnalizację świetlną — są to małe diody, za to dobrze widoczne.
Urzeka mnie natomiast pobliski cmentarz, który diametralnie różni się od tych w Polsce. To po prostu piękny, ogromny park, okalający małą kaplicę, nie przypominający miejsca spoczynku zmarłych. Wszystko jest zadbane i uporządkowane. Urok cmentarza polega na jego prostocie i ogromnej ilości zielonych krzewów i kolorowych kwiatów, starannie pielęgnowanych przez sztab ludzi pracujących na cmentarzu.
Spacerując alejami, zauważam, jak pod kopułą pięknych drzew obsypanych różowym kwieciem, tworzących tunel, odbywa się profesjonalna sesja zdjęciowa.
Alejki wysadzone są poprzycinanymi krzewami i zadbanymi drzewami.
Groby wyglądają inaczej niż te w Polsce. W większości są to płyty, pod którymi umieszczono urny, ale też tradycyjne groby oddzielone żywopłotami z tui. Na mogiłach znajdują się płyty zawierające imię osoby zmarłej, datę urodzenia i zgonu. Ciekawym pomysłem są dla mnie wygrawerowane na niektórych kamieniach profesje, jakimi zmarli zajmowali się za życia. Można tu spotkać instrument muzyczny, cyrkiel i ekierkę. W niektórych miejscach widzę figurki ptaszków, kotków, piesków, a przy dziecięcych grobach laurki urodzinowe, maskotki czy zabawki. Robi to niesamowite, bajkowe wrażenie.

Następnego dnia przechadzam się po Nyhavn, czyli nowym porcie zwanym najdłuższym barem Europy, który nieco przypomina mi port w Gdańsku. Spacer przerywa deszcz, który wpisany jest tutaj w stały punkt programu, więc rozkładam parasol.
Mam jeszcze w planie dotrzeć dzisiaj do pałaców Amalienborg. Udaje mi się sfinalizować plan. Przed kolejną falą deszczu chowam się w murach kościoła Marmurowego — Marmorkirken, wzniesionego w początkowej fazie budowli z marmuru norweskiego.
Docieram do Copenhagen City Hall, a potem ogromnego Ratusza Miejskiego z fontanną i pomnikiem Andersena patrzącego na ogrody Tivoli, które znajdują się nieopodal Ratusza. Staram się zobaczyć jak najwięcej, niestety, nie mam czasu na planetarium czy operę.
Architektura Kopenhagi jest dosyć zróżnicowana, z jednej strony nowoczesna, połączona ze skandynawskim designem, z drugiej zabytkowa.

Duńczycy są jednym z narodów, który bardzo dba o aktywność fizyczną. Wielu z nich korzysta z rowerów, które można wypożyczyć w różnych punktach miasta.
Jest to najbardziej popularny środek transportu. Niezależnie od pogody, w płaszczach przeciwdeszczowych ulicami miast przemieszczają się rowerzyści.
W jedzenie zaopatruję się w popularnych sieciówkach, czasem w duńskim sklepie ,,Irma”. Ceny są tutaj bardzo wysokie, więc nie chodzę do restauracji, a wizyty w galeriach handlowych polegają jedynie na oglądaniu asortymentu. Owszem, w Kopenhadze mieści się najlepsza na świecie restauracja o nazwie ,,Noma”, gdzie stolik trzeba rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, ale cóż… może kiedyś.

Pobyt w Danii kończę wizytą w wesołym miasteczku Tivoli, które jest idealnym miejscem na poprawienie nastroju w pochmurny dzień z uwagi na ilość kolorowych świateł, atrakcji i słodkich przysmaków.

Jak każde miejsce, w którym do tej pory byłam, Kopenhaga również pozostawia po sobie pewien niedosyt. Z całą pewnością jest tu jeszcze wiele miejsc do odkrycia.

Autor tekstu: Alina Lużyńska
Autor zdjęć: Alina Lużyńska