Uroków Chorwacji miałam okazję doświadczyć jeszcze jako studentka, kiedy autostopem z marną kwotą w kieszeni zwiedzałam Zadar i Zagrzeb. Dzisiaj nieco rozważniej i w innych okolicznościach lecę bezpośrednim połączeniem lotniczym z Warszawy do Splitu, miasta położonego na niewielkim półwyspie nad Morzem Adriatyckim. Kiedy podchodzimy do lądowania, z nosem przyklejonym do szyby podziwiam różnobarwne, szmaragdowo-turkusowo-błękitne odcienie morza otoczonego górami. Choć to już wrzesień, w Chorwacji wciąż jest upalnie, a pierwszy żar czuję tuż po wylądowaniu. W drodze do pensjonatu mijam domy, które nie robią na mnie szczególnego wrażenia, w przeciwieństwie do ogrodów wokół posesji, w których roślinność jest wyjątkowo piękna, szczególnie drzewa obsypane jasnofioletowymi kwiatami o nazwie bugenwilla. W początkowym etapie pobytu zatrzymuję się w domku z tarasem wychodzącym na morze tuż przy samej plaży. Otwieram drewniane zewnętrzne okiennice, które chronią przed upałem, wpuszczając promienie słoneczne do przyjemnie chłodnego pomieszczenia. W sypialni czeka na mnie współlokator w postaci żywej jaszczurki przyklejonej do ściany. Nie wiem, która to z odmian, więc opuszczam wzrok i zamykam za sobą drzwi. Podobno te z czerwonym odcieniem są jadowite. W chorwackie góry też się nie wybiorę, ponieważ oprócz węży nic ciekawego nie można tam spotkać. Wolę więc podziwiać pejzaże z tarasu. Szybko wskakuję w kostium kąpielowy i pędzę na plażę, żeby zrobić to, na co tak długo czekałam. Nie zapominam o butach do pływania, które tutaj są niezbędne ze względu na kamieniste plaże i jezierzyce, z którymi spotkanie może okazać się dosyć bolesne w skutkach. Woda w Morzu Adriatyckim słynie ze swojej nieskazitelnej czystości. Jest ono najbardziej zasolonym zbiornikiem wodnym na świecie. Warto więc zaopatrzyć się w sprzęt do nurkowania, ponieważ nurkujących czekają niezapomniane wrażenia. Ze zdziwieniem stwierdzam, że oprócz mnie z kąpieli korzystają jeszcze tylko dwie osoby. Widać o tej porze roku woda jest zbyt chłodna dla lokalnych mieszkańców. Dla mnie jest wymarzona, słona, przejrzysta i przyjemnie unosi mnie na powierzchni bez konieczności wkładania w to wysiłku fizycznego. Chorwacja jest idealnym miejscem na typowe plażowanie i pływanie jachtami, których nie brakuje tu w każdej niemal zatoce.

Po kilku dniach przenoszę się do hotelu Le Meridien sąsiadującego z domkiem na plaży, w którym się zatrzymałam. Teraz do woli korzystam z jaccuzi, saun i otwartego basenu, wylegując się leniwie przez niemal cały dzień na leżaku tuż przed hotelem. Testując kolejną kompozycję dobrze schłodzonych tropikalnych soków, przyglądam się wodzie w basenie, która tworzy wrażenie jakby zlewała się z morzem. W porcie stoją drogie jachty, które wypolerowane mienią się w słońcu. W oddali stacjonuje okręt wojenny, a w hotelu zatrzęsienie generałów, oficerów i innych wysokich rangą dyplomatów. Okazało się, że mój pobyt zsynchronizował się ze szczytem NATO. Leżąc w słońcu, ze współczuciem przyglądam się panom w mundurach przechadzającym się koło mnie, którzy muszą znosić ten upał. Po chwili zauważam, że coś czarnego przebiegło koło mojego leżaka. W pierwszym odruchu myślę, że przez nadmiar słońca mam omamy. Po chwili zauważam czarną wiewiórkę. Do tej pory widziałam tylko nasze rude i szare w Anglii. Potem spotykałam je coraz częściej. Zaprzyjaźniam się z piękną dziewczyną, która tak jak ja korzysta z uroków plażowania. To młoda Rosjanka, która również przyjechała na wakacje. Nazajutrz kelner uchyla rąbka tajemnicy, że owa piękność jest milionerką i właścicielką jednego z jachtów. Pobyt w Chorwacji to nie tylko relaks w słońcu i kąpiele w cudownym Adriatyku, ale też zwiedzanie. Split jest interesującym miejscem, więc po błogim relaksie wsiadam w autobus i jadę do centrum miasta.

Najważniejszym punktem programu w Splicie jest Pałac Dioklecjana, rezydencja zbudowana przez cesarza rzymskiego Dioklecjana na przełomie III i IV wieku, usytuowana tuż nad samym morzem. Mury pałacu przyjemnie chłodzą w upalny dzień, a jego potęga dostarcza niesamowitych wrażeń. Nie jest to jeden obiekt, a zbiór budowli w kształcie prostokąta otoczonych murami z licznymi basztami i bramami. Znajdują się tam zdobienia w kształcie łuków. W każdej z czterech ścian umieszczone są potężne bramy wejściowe, których pilnują sfinksy i lwy. Od strony zachodniej – Brama Żelazna (Porta Ferrea), północnej – Brama Złota (Porta Aurea), wschodniej – Brama Srebrna (Porta Argentea), południowej – Brama Brązowa (Porta Aenea). Do dzisiejszych czasów przetrwały: Złota Brama, westybul, perystyl (obecnie teatr), mauzoleum (obecnie katedra), świątynia Jowisza (przebudowana na baptysterium) oraz ruiny komnat cesarza. Pałac podzielony jest de facto na dwie części połączone szeroką aleją oddzielającą wschodnią i zachodnią bramę. W południowej znajdowały się pokoje cesarza i jego rodziny. Wschodnia część jest najwyższą budowlą, na którą składa się mauzoleum cesarza. W zachodniej części mieszczą się trzy świątynie, zaś w północnej kwaterowali strażnicy i służba. Do budowy pałacu posłużono się białym wapieniem z wyspy Brać, tufami i cegłą. Ozdobne granitowe kolumny i niektóre rzeźby pochodziły z Egiptu, a marmury z Grecji. Wodę z krótkiej, zaledwie czterokilometrowej, ale zasobnej w wodę rzeki Jadro doprowadzał akwedukt, którego część zachowała się do dziś. Niewątpliwie słusznym było wpisanie pałacu na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.

Kiedy weszłam główną bramą do pałacu, moim oczom ukazały się liczne stragany z pamiątkami, biżuterią, muszlami, które zajmowały sporo przestrzeni w alejkach. Szybko doświadczam tego, że ceny pamiątek w pałacu znacznie przewyższają te kupione poza nim. Wieczorem na dziedzińcu gromadzą się turyści, którzy siedząc na schodach lub podpierając mury pałacu, z kuflem piwa w ręce słuchają muzyki na żywo w wykonaniu różnych zespołów. Koncert we wnętrzu pałacu, a częściowo pod gołym niebem w przyjemnie ciepły wieczór to niezapomniane przeżycie.
Pałac otacza Starówka, która urzeka mnie swoją kolorystyką, licznymi muzeami, fontannami i restauracjami. Stąd rozpościera się widok na morze i stacjonujące w porcie statki. Zachwycam się nawet deptakiem, który nie ma nic wspólnego z naszymi szarymi chodnikami. Jest piaskowo jasny, gładki i bardzo śliski. Już sama kolorystyka tego miejsca nastraja pozytywnie do życia.

Następnego dnia wsiadam w kolejkę, która zawozi mnie na półwysep Marjan. Przed upałem chroni nas park, który mijamy, wjeżdżając na wzgórze. Kierowca sygnalizuje, że mamy kilkanaście minut na zrobienie zdjęć i podziwianie krajobrazu, co wydaje mi się stanowczo za krótkim czasem, kiedy widzę przed sobą cały Split, okoliczne wyspy i Adriatyk. Widok jest zdumiewająco piękny.

Gdy zwiedzam jakiś kraj, interesuje mnie również jego kuchnia. Chętnie więc chodzę do restauracji, przeprowadzając degustację lokalnych potraw. Chorwacka kuchnia odpowiada moim gustom w związku z przeważającą ilością owoców morza. Prawie codziennie jadam kalmary i zupy rybne, które w restauracji pod gołym niebem w przyjemny ciepły wieczór smakują wyśmienicie.

Po powrocie ze Splitu wpisuję go w stały punkt programu moich wojaży po świecie.

Autor tekstu:Alina Lużyńska
Autor zdjęć: Alina Lużyńska